niedziela, 29 września 2013

Jay Z- Magna Carta... Holy Grail (2013)


Nie ma chyba drugiego rapera, który tak dzieli ludzi jak Jay Z. Z jednej strony niesamowity biznesmen, który wprowadził rap "na salony". Raper, który w dorobku ma 12 solowych płyt i 14 nagród Grammy. Nie raz udowodnił, że nie boi się flirtów z popową muzyką. Uznawany za jednego z najlepszych MC, posiadający biznes wart 500 milionów dolarów i tą samą żonę od 5 lat. Z drugiej strony słychać głosy o tym, że sprzedał siebie i swoją muzykę. Dodatkowo, że czasami za bardzo wykorzystuje spuściznę swoich kolegów po fachu i razem ze swoją żoną, Kanye Westem i Barackiem Obamą uczęszcza na cotygodniowe obrzędy u Illuminatów, a  za sukces sprzedał swoją duszę. I nawet jeśli, to był to opłacalny interes, bo po 15 latach nadal jest królem.

Magna Carta... Holy Grail” składa się z 16 utworów, co raczej nie odbiega od innych płyt Jaya. Gdyby tak z największych klasyków rapera poucinać parę słabszych kawałków, gdyby taki "Reasonable Doubt" trwał tyle, co "Illmatic", wszyscy koledzy po fachu musieliby iść na bezrobocie. Marzenia ściętej głowy, bo Jigga lubi na każdej płycie zaserwować średnio 15 utworów o bardzo mieszanej jakości.
Naszą podróż zaczynamy z Justinem Timberlake’em, który (niestety) przyćmiewa Jaya w pierwszym utworze „Holy Grail”.  Niezaprzeczalnie refren Justina wpada w ucho bardziej, niż wersy Jaya.  Mówiąc o tym utworze nie sposób nie wspomnieć o ukłonie w stronę Nirvany w postaci tekstu z "Smells like Teen Spirit". Podobne nawiązanie, ale do R.E.M., pojawiło się w utworze "Heaven". Miło, że Jay sięga do takich ponadczasowych utworów, szkoda tylko, że są na siłę wciśnięte w utwór, nie wiadomo skąd i nie wiadomo w jakim celu.  Nie czuję również tego dziwnego flow,i chociaż Jay jest technicznym mistrzem, to tutaj momentami brzmi równie ekscytująco, co betonowa posadzka. Niestety często zdarza mu się popisać trochę drewnianym wyczuciem rytmu. Ad lib raper pojawia się na tej płycie w takiej ilości, że po setnym "ugh"  można zastanawiać się, czy to przypadkiem nie jest jakiś pojedynek na odgłosy z Rick Rossem. Z drugiej jednak strony utwór „Part II (On The Run)” prezentuje nam znaną już mistrzowską technikę- Jay wchodzi w beat z zegarmistrzowską precyzją, zaś jego zwrotka w "BBC" sprawia, że aż kręci mi się łezka w oku na wspomnienie najlepszych czasów rapera.

Muzycznie Hova i jego producenci znów udowodnili, że czują trendy. Nie ma tu nic, co zadowoli miłośników oldschoolu, jest do bólu nowocześnie. „Picasso Baby” zmusza każdą kończynę do podrygu, „Tom Ford” okraszony samplem z „Bad Girlz” M.I.A. jest absolutnym bangerem bardzo w stylu rapera.  I znów muszę wspomnieć o „Part II”- brzmi perfekcyjnie, nie ma w tym utworze ani jednego niepotrzebnego dźwięku, przywodzi na myśl coś, co mogłoby się znaleźć na "Element of Freedom" Alicii Keys. Ciężko też uciec przed porównaniem do dokonań Nelly Furtado z czasów jej współpracy z Timbalandem, co nie powinno dziwić, gdyż to właśnie on odpowiada za produkcje. Timbaland odpowiada za lwią część utworów i spisuje się całkiem dobrze, szczególnie, gdy przypomnimy sobie jego dokonania z ostatniej solowej płyty. Warto również zwrócić uwagę na "fuckwithmeyouknowigotit", na którym gościł Rick Ross. Utwór jest naprawdę jednym z najlepszych i wybranie do niego Rossa było strzałem w dziesiątkę. "BBC" jest rozhulane na wszystkie strony, chociaż jednak nachalność Swizz Beatza psuje trochę efekt.
Kolejną sprawą są teksty. Nie można być raperem nie mając w tej sferze nic do zaprezentowania. Często zarzuca się Jayowi brak umiejętności na tym właśnie polu, bo o ile jego flow jest ostrzejsze, niż maczeta, a wordplay to jego drugie imię (Come money dance with the good fellas / Hov keep gettin' that dinero, got it/ Even if a nigga gotta Robert, get it?), o tyle wartość merytoryczna jego tekstów pozostawia  wiele do życzenia. Dużo się mówi o zaangażowaniu rapera w politykę, ba! podobno on sam rozważa możliwość bycia przydentem. Wobec tego niezmiernie dziwi mnie brak politycznego manifestu w jego muzyce i strach przed poruszaniem kwestii z tym związanych. Może gdyby ten zachowawczy PR odrzucić moglibyśmy zachwycać się przesłaniem. Przypomnę, lub poinformuję, o kluczowej rzeczy: Jay nie zapisuje swoich tekstów. Wchodzi do studia, słucha i nagrywa, wobec tego ja absolutnie go rozgrzeszam, od "mędrkowania" są inni raperzy. Nie można  jednak powiedzieć, że płyta jest o niczym. Oczywiście są tu typowe bangery, ale z drugiej strony mamy tu trochę reminescencji  o  sławie,  byciu ojcem,  miłości i przeszłości rapera. Raczej bezpieczne tereny. Jay również odnosi się do swoich rzekomych powiązań z Illuminatami w "Heaven" twierdząc, że łączony z nimi jest jedynie dlatego, iż ludzie nie są w stanie wyobrazić sobie, że tyle talentu mieści się w jednym człowieku. Jay niewątpliwie już dawno utknął w estetyce "rags to riches" i ciągłe słuchanie o jego sukcesie zwyczajnie nudzi.

Grzechem byłoby nie wspomnieć o gościach. Justin Timberlake przyćmił samego króla w „Holy Grail”. Pojawiła się również Beyonce w fantastycznym „Part II (On the Run)”. Frank Ocean pojawił się w „Oceans” i aż wstyd mówić, ale chyba również przyćmił Jaya. Z raperów na płycie gości Nas oraz Rick Ross. Nas pojawił się w „BBC” i spisał się całkiem przyzwoicie, zaś Rick Ross zaszczycił „Fuckwithmeyouknowigotit” i ... no cóż, po prostu był Rick Rossem, bez którego ten utwór nie mógłby się obejść.

Wszystko co dotyczy „Magna Carta... Holy Grail” jest pompatyczne, począwszy od tytułu, poprzez promocję, a skończywszy na okładce. Szczerze powiedziawszy nie wiem co ma przysłowiowy piernik do wiatraka, biorąc pod uwagę, że pierwsze słowa, które wypowiada Jay to:  Blue told me to remind you niggas/Fuck that shit y’all talk about/I'm the nigga. Treści wizualne, a treści audio to czysty przerost formy nad treścią. Nie czarujmy się, że ta płyta jest rewelacyjna. Jest średniakiem z mnóstwem "zapchajdziur".  Momentami bywa ciekawa, ale doskwiera jej brak pomysłu. W odniesieniu do muzycznego dorobku Jaya, który dzielę jedynie na: absolutne klasyki i średniaki, krążek idzie do średniaków. Najlepsze płyty swojego życia pan Carter już nagrał i na kolejne nie liczę, ale Jay nadal jest niekwestionowanym królem.

6/10

1.

Wszystkie dziewczyny piszą albo o ubraniach, albo o włosach, albo o sporcie, więc gdzieś pomiędzy zakupowym szałem, olejowaniem włosów i wizytami na siłowni ja popiszę trochę o muzyce. Słucham jej całymi dniami, ponieważ Bóg niestety nie dał mi żadnego talentu, by ją tworzyć. Po przebudzeniu słucham Florence and The Machine, wracając z pracy w słuchawkach leci Gucci Mane, a wieczór spędzam z Monster Magnet. Serwować będę recenzje oraz wszystkie rzeczy, które wprowadzą w zakłopotanie waszych znajomych, gdy poproszą was o puszczenie fajnego kawałka. Mindfuck.