niedziela, 20 października 2013

Queens Of The Stone Age- "...Like Clockwork" (2013)



„Oh la la” pewnie powiedział Josh Homme, gdy zakończył pracę nad „...Like Clockwork”. To samo powiedziałam ja, gdy przesłuchałam krążek, na który musiałam czekać 6 długich lat. Bez owijania w bawełnę- Homme jest jednym z najlepszych rockowych artystów ostatnich dwóch dekad i nie mówię tego wcale dlatego, że posiada absolutnie boską aparycję. Kyuss, Queens of the Stone Age, Eagles of Death Metal, Them Crooked Vultures... Rudemu Elvisowi nie udało się jeszcze zaliczyć muzycznej wpadki, tak jak wielu innym rockowym gigantom.
Jak już wspomniałam minęło 6 lat od ostatniego longplay’a grupy. Niby nic, a jednak „Era Vulgaris” i „...Like Clockwork” to zupełnie inne dzieła. Chociaż najnowsze nie ustrzega się przed znanymi z wczesniejszych dokonań grupy trochę psychodelicznymi klimatami, jest to dzieło o wiele bardziej przystępne dla słuchacza. Na sam początek  grupa wita nas dość ciężkim „Keep Your Eyes Peeled”, by później przejść w bardziej desert-rockowe „I sat by the ocean”, które chyba każdy po przesłuchaniu nuci pod nosem.  O „If I had a tail” nawet nie będę się rozwodzić, nie pamiętam kiedy jakiś utwór sprawił, że przez dwa tygodnie słuchałam tylko jego o każdej porze.  Mamy trochę klasycznego łojenia w „My God is the sun”, trochę eksperymentów w „Kalopsia” i „Vampire of time and memory”, w którym nieśmiało pojawiają się dźwięki syntezatora. „Faiweather Friend” trochę przywodzi na myśl  dokonania Them Crooked Vultures, zaś „Smooth Sailing” brzmi naprawdę smooth.  Na sam koniec zwalniamy trochę tempo w doborowym towarzystwie „I appear missing” oraz tytułowym „...Like clockwork”. 
Josh powiedział, że jedyną rzeczą, na której mu zależy to to, aby najnowsza płyta nie brzmiała jak poprzednia i znów mu się udało. Nie ma tu tyle ciężkiego łojenia, jak na ich debiucie, na próżno szukać takich absolutnie pokręconych eksperymentów, jak na „Era Vulgaris”. Jednak nadal jest to ta sama kapela oferująca praktycznie wszystko- od ciężkich riffów aż po kawałki, które sprawdzą się na imprezach. „...Like clockwork” jest chyba najbardziej zróżnicowaną płytą pod względem materiału, każdy tu znajdzie przynajmniej jeden utwór, który do niego trafi.  Biorąc pod uwagę, że ostatnimi czasy popularność zyskują rockowe zespoły typu Nickelback czy Kings Of Leon możemy pogratulować panom z QOTSA że kolejny raz udało im się uratować rock’n’rolla.
 „...Like Clockwork” przypadnie do gustu wielu słuchaczom- i tym, którzy Queensów już znają, i tym, którzy dopiero poznają. Słuchając tego krążka myślę, że można go porównać do Czarnego Albumu nagranego przez Metallikę. Obydwie płyty są tak samo lekkostrawne i przyjazne szerszej publiczności, jednak ciężko jednoznacznie powiedzieć, czy rzeczywiście są to najlepsze dokonania zespołów. Miejmy jednak nadzieję, że Queens of the Stone Age nie stoczą się po artystycznej równi pochyłej, jak to było w przypadku ich starszych kolegów.

9/10

niedziela, 6 października 2013

Lana Del Rey- The Paradise Edition (2013)









W równoległym wszechświecie Walt Whitman jedzie do Las Vegas i bierze ślub z Marilyn Monroe, a związek ten skutkuje Laną Del Rey i reedycją „Born to die”. Reedycją, która powstaje głównie po to, by napełnić kieszenie wytwórni. Lana Del Rey jest najlepszym przykładem na to, że nic w muzyce popularnej nie sprawdza się lepiej niż jazda na jednym patencie.

Na reedycję poprzednika „Born to die”  składa się 9 utworów, z czego jeden-„Yayo” pochodzi ze wcześniejszego dorobku artystki, a „Blue Velvet” jest próbą odświeżenie klasyku Raya Masona z lat 50, nota bene fatalną próbą. O ile „Born to die” było wypełnione syntetycznym brzmieniem na "The Paradise Edition" mamy do czynienia z większą ilością żywych instrumentów, co właściwie jest jedyną różnicą. Naszą podróż zaczynamy z dobrze już znanym singlem „Ride”, który swoją drogą został okraszony bardzo fajnym teledyskiem.  Lana, znana z zamiłowania do śpiewania w niskiej tonacji, w refrenie powyższego utworu niemiłosiernie wyje. O tym, czy wokalista potrafi śpiewać czy nie toczą się prawdziwe debaty. Próbuje i stara się, ale skutki są różne- jej wokal zwykle brzmi równie anemicznie, co jej muzyka, dodatkowo nie mogę pozbyć się wrażenia, że wokalistka cierpi na jakiś szczękościsk, a śpiewanie sprawia jej fizyczny ból. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jej utwory zostały wyprodukowane przez zaprogramowanego robota, bowiem wszystkie są takie same, nie tylko w warstwie muzycznej, ale również w tekstowej i wokalnej. Wytchnienie od produkcyjnego schematu daje nam jedynie lekko jazzujące „Yayo”. 

Jeśli chodzi o teksty, które pieczołowicie przygotowywuje sama wokalistka, to są one popisem grafomanii najwyższej klasy. Infantylne hymny wyśpiewywane do starszych panów na tle smyczków sprawiają, że ciężko mi uwierzyć, że Lana ma więcej niż 15 lat. Piosenkarka ma chyba poważne zaburzenia osobowości, bo będąc córką swojego bogatego ojca próbuje wmówić nam, że jest white trash i mieszka w przyczepie kempingowej. Raz jest infantylna niczym Britney Spears, by po chwili być zbuntowana jak Kurt Cobain. Najpierw nosi diamenty, potem koszulę w kratkę. Z drugiej jednak strony brak zdecydowania jest ciekawą odskocznią od monotonii szeroko uprawianej na tymże krążku.
Niemniej jednak EP-ka nie jest aż taka zła. Nie odkrywa Ameryki, niczego również nie urywa, ale słucha się jej przyjemnie. Jest to ten typ nagrania, które wpada jednym uchem i wypada drugim. Lana razem z jej dorobkiem „artystycznym” została ściągnięta z taśmy produkcyjnej i rzucona do sklepów. Nie ma ani kropli autentyczności, za to jest mnóstwo dramatu i teatralności, a ja jestem już za stara, żeby słuchać kogoś, kto zwraca się do swojego mężczyzny per daddy. Nie przekreślam jej jednak całkowicie, ma w sobie trochę magnetyzmu, więc z chęcią będę śledzić jej dalsze poczynania.

3,5/10

niedziela, 29 września 2013

Jay Z- Magna Carta... Holy Grail (2013)


Nie ma chyba drugiego rapera, który tak dzieli ludzi jak Jay Z. Z jednej strony niesamowity biznesmen, który wprowadził rap "na salony". Raper, który w dorobku ma 12 solowych płyt i 14 nagród Grammy. Nie raz udowodnił, że nie boi się flirtów z popową muzyką. Uznawany za jednego z najlepszych MC, posiadający biznes wart 500 milionów dolarów i tą samą żonę od 5 lat. Z drugiej strony słychać głosy o tym, że sprzedał siebie i swoją muzykę. Dodatkowo, że czasami za bardzo wykorzystuje spuściznę swoich kolegów po fachu i razem ze swoją żoną, Kanye Westem i Barackiem Obamą uczęszcza na cotygodniowe obrzędy u Illuminatów, a  za sukces sprzedał swoją duszę. I nawet jeśli, to był to opłacalny interes, bo po 15 latach nadal jest królem.

Magna Carta... Holy Grail” składa się z 16 utworów, co raczej nie odbiega od innych płyt Jaya. Gdyby tak z największych klasyków rapera poucinać parę słabszych kawałków, gdyby taki "Reasonable Doubt" trwał tyle, co "Illmatic", wszyscy koledzy po fachu musieliby iść na bezrobocie. Marzenia ściętej głowy, bo Jigga lubi na każdej płycie zaserwować średnio 15 utworów o bardzo mieszanej jakości.
Naszą podróż zaczynamy z Justinem Timberlake’em, który (niestety) przyćmiewa Jaya w pierwszym utworze „Holy Grail”.  Niezaprzeczalnie refren Justina wpada w ucho bardziej, niż wersy Jaya.  Mówiąc o tym utworze nie sposób nie wspomnieć o ukłonie w stronę Nirvany w postaci tekstu z "Smells like Teen Spirit". Podobne nawiązanie, ale do R.E.M., pojawiło się w utworze "Heaven". Miło, że Jay sięga do takich ponadczasowych utworów, szkoda tylko, że są na siłę wciśnięte w utwór, nie wiadomo skąd i nie wiadomo w jakim celu.  Nie czuję również tego dziwnego flow,i chociaż Jay jest technicznym mistrzem, to tutaj momentami brzmi równie ekscytująco, co betonowa posadzka. Niestety często zdarza mu się popisać trochę drewnianym wyczuciem rytmu. Ad lib raper pojawia się na tej płycie w takiej ilości, że po setnym "ugh"  można zastanawiać się, czy to przypadkiem nie jest jakiś pojedynek na odgłosy z Rick Rossem. Z drugiej jednak strony utwór „Part II (On The Run)” prezentuje nam znaną już mistrzowską technikę- Jay wchodzi w beat z zegarmistrzowską precyzją, zaś jego zwrotka w "BBC" sprawia, że aż kręci mi się łezka w oku na wspomnienie najlepszych czasów rapera.

Muzycznie Hova i jego producenci znów udowodnili, że czują trendy. Nie ma tu nic, co zadowoli miłośników oldschoolu, jest do bólu nowocześnie. „Picasso Baby” zmusza każdą kończynę do podrygu, „Tom Ford” okraszony samplem z „Bad Girlz” M.I.A. jest absolutnym bangerem bardzo w stylu rapera.  I znów muszę wspomnieć o „Part II”- brzmi perfekcyjnie, nie ma w tym utworze ani jednego niepotrzebnego dźwięku, przywodzi na myśl coś, co mogłoby się znaleźć na "Element of Freedom" Alicii Keys. Ciężko też uciec przed porównaniem do dokonań Nelly Furtado z czasów jej współpracy z Timbalandem, co nie powinno dziwić, gdyż to właśnie on odpowiada za produkcje. Timbaland odpowiada za lwią część utworów i spisuje się całkiem dobrze, szczególnie, gdy przypomnimy sobie jego dokonania z ostatniej solowej płyty. Warto również zwrócić uwagę na "fuckwithmeyouknowigotit", na którym gościł Rick Ross. Utwór jest naprawdę jednym z najlepszych i wybranie do niego Rossa było strzałem w dziesiątkę. "BBC" jest rozhulane na wszystkie strony, chociaż jednak nachalność Swizz Beatza psuje trochę efekt.
Kolejną sprawą są teksty. Nie można być raperem nie mając w tej sferze nic do zaprezentowania. Często zarzuca się Jayowi brak umiejętności na tym właśnie polu, bo o ile jego flow jest ostrzejsze, niż maczeta, a wordplay to jego drugie imię (Come money dance with the good fellas / Hov keep gettin' that dinero, got it/ Even if a nigga gotta Robert, get it?), o tyle wartość merytoryczna jego tekstów pozostawia  wiele do życzenia. Dużo się mówi o zaangażowaniu rapera w politykę, ba! podobno on sam rozważa możliwość bycia przydentem. Wobec tego niezmiernie dziwi mnie brak politycznego manifestu w jego muzyce i strach przed poruszaniem kwestii z tym związanych. Może gdyby ten zachowawczy PR odrzucić moglibyśmy zachwycać się przesłaniem. Przypomnę, lub poinformuję, o kluczowej rzeczy: Jay nie zapisuje swoich tekstów. Wchodzi do studia, słucha i nagrywa, wobec tego ja absolutnie go rozgrzeszam, od "mędrkowania" są inni raperzy. Nie można  jednak powiedzieć, że płyta jest o niczym. Oczywiście są tu typowe bangery, ale z drugiej strony mamy tu trochę reminescencji  o  sławie,  byciu ojcem,  miłości i przeszłości rapera. Raczej bezpieczne tereny. Jay również odnosi się do swoich rzekomych powiązań z Illuminatami w "Heaven" twierdząc, że łączony z nimi jest jedynie dlatego, iż ludzie nie są w stanie wyobrazić sobie, że tyle talentu mieści się w jednym człowieku. Jay niewątpliwie już dawno utknął w estetyce "rags to riches" i ciągłe słuchanie o jego sukcesie zwyczajnie nudzi.

Grzechem byłoby nie wspomnieć o gościach. Justin Timberlake przyćmił samego króla w „Holy Grail”. Pojawiła się również Beyonce w fantastycznym „Part II (On the Run)”. Frank Ocean pojawił się w „Oceans” i aż wstyd mówić, ale chyba również przyćmił Jaya. Z raperów na płycie gości Nas oraz Rick Ross. Nas pojawił się w „BBC” i spisał się całkiem przyzwoicie, zaś Rick Ross zaszczycił „Fuckwithmeyouknowigotit” i ... no cóż, po prostu był Rick Rossem, bez którego ten utwór nie mógłby się obejść.

Wszystko co dotyczy „Magna Carta... Holy Grail” jest pompatyczne, począwszy od tytułu, poprzez promocję, a skończywszy na okładce. Szczerze powiedziawszy nie wiem co ma przysłowiowy piernik do wiatraka, biorąc pod uwagę, że pierwsze słowa, które wypowiada Jay to:  Blue told me to remind you niggas/Fuck that shit y’all talk about/I'm the nigga. Treści wizualne, a treści audio to czysty przerost formy nad treścią. Nie czarujmy się, że ta płyta jest rewelacyjna. Jest średniakiem z mnóstwem "zapchajdziur".  Momentami bywa ciekawa, ale doskwiera jej brak pomysłu. W odniesieniu do muzycznego dorobku Jaya, który dzielę jedynie na: absolutne klasyki i średniaki, krążek idzie do średniaków. Najlepsze płyty swojego życia pan Carter już nagrał i na kolejne nie liczę, ale Jay nadal jest niekwestionowanym królem.

6/10

1.

Wszystkie dziewczyny piszą albo o ubraniach, albo o włosach, albo o sporcie, więc gdzieś pomiędzy zakupowym szałem, olejowaniem włosów i wizytami na siłowni ja popiszę trochę o muzyce. Słucham jej całymi dniami, ponieważ Bóg niestety nie dał mi żadnego talentu, by ją tworzyć. Po przebudzeniu słucham Florence and The Machine, wracając z pracy w słuchawkach leci Gucci Mane, a wieczór spędzam z Monster Magnet. Serwować będę recenzje oraz wszystkie rzeczy, które wprowadzą w zakłopotanie waszych znajomych, gdy poproszą was o puszczenie fajnego kawałka. Mindfuck.