niedziela, 6 października 2013

Lana Del Rey- The Paradise Edition (2013)









W równoległym wszechświecie Walt Whitman jedzie do Las Vegas i bierze ślub z Marilyn Monroe, a związek ten skutkuje Laną Del Rey i reedycją „Born to die”. Reedycją, która powstaje głównie po to, by napełnić kieszenie wytwórni. Lana Del Rey jest najlepszym przykładem na to, że nic w muzyce popularnej nie sprawdza się lepiej niż jazda na jednym patencie.

Na reedycję poprzednika „Born to die”  składa się 9 utworów, z czego jeden-„Yayo” pochodzi ze wcześniejszego dorobku artystki, a „Blue Velvet” jest próbą odświeżenie klasyku Raya Masona z lat 50, nota bene fatalną próbą. O ile „Born to die” było wypełnione syntetycznym brzmieniem na "The Paradise Edition" mamy do czynienia z większą ilością żywych instrumentów, co właściwie jest jedyną różnicą. Naszą podróż zaczynamy z dobrze już znanym singlem „Ride”, który swoją drogą został okraszony bardzo fajnym teledyskiem.  Lana, znana z zamiłowania do śpiewania w niskiej tonacji, w refrenie powyższego utworu niemiłosiernie wyje. O tym, czy wokalista potrafi śpiewać czy nie toczą się prawdziwe debaty. Próbuje i stara się, ale skutki są różne- jej wokal zwykle brzmi równie anemicznie, co jej muzyka, dodatkowo nie mogę pozbyć się wrażenia, że wokalistka cierpi na jakiś szczękościsk, a śpiewanie sprawia jej fizyczny ból. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jej utwory zostały wyprodukowane przez zaprogramowanego robota, bowiem wszystkie są takie same, nie tylko w warstwie muzycznej, ale również w tekstowej i wokalnej. Wytchnienie od produkcyjnego schematu daje nam jedynie lekko jazzujące „Yayo”. 

Jeśli chodzi o teksty, które pieczołowicie przygotowywuje sama wokalistka, to są one popisem grafomanii najwyższej klasy. Infantylne hymny wyśpiewywane do starszych panów na tle smyczków sprawiają, że ciężko mi uwierzyć, że Lana ma więcej niż 15 lat. Piosenkarka ma chyba poważne zaburzenia osobowości, bo będąc córką swojego bogatego ojca próbuje wmówić nam, że jest white trash i mieszka w przyczepie kempingowej. Raz jest infantylna niczym Britney Spears, by po chwili być zbuntowana jak Kurt Cobain. Najpierw nosi diamenty, potem koszulę w kratkę. Z drugiej jednak strony brak zdecydowania jest ciekawą odskocznią od monotonii szeroko uprawianej na tymże krążku.
Niemniej jednak EP-ka nie jest aż taka zła. Nie odkrywa Ameryki, niczego również nie urywa, ale słucha się jej przyjemnie. Jest to ten typ nagrania, które wpada jednym uchem i wypada drugim. Lana razem z jej dorobkiem „artystycznym” została ściągnięta z taśmy produkcyjnej i rzucona do sklepów. Nie ma ani kropli autentyczności, za to jest mnóstwo dramatu i teatralności, a ja jestem już za stara, żeby słuchać kogoś, kto zwraca się do swojego mężczyzny per daddy. Nie przekreślam jej jednak całkowicie, ma w sobie trochę magnetyzmu, więc z chęcią będę śledzić jej dalsze poczynania.

3,5/10

1 komentarz:

  1. Mnie się bardzo podoba ta EP-ka. Szczególnie "Ride", "Bel Air" i "American" ;)

    OdpowiedzUsuń