W równoległym wszechświecie Walt Whitman jedzie do Las Vegas
i bierze ślub z Marilyn Monroe, a związek ten skutkuje Laną Del Rey i reedycją
„Born to die”. Reedycją, która powstaje głównie po to, by napełnić kieszenie
wytwórni. Lana Del Rey jest najlepszym przykładem na to, że nic w muzyce popularnej
nie sprawdza się lepiej niż jazda na jednym patencie.
Na reedycję poprzednika „Born to die” składa się 9 utworów, z czego jeden-„Yayo” pochodzi
ze wcześniejszego dorobku artystki, a „Blue Velvet” jest próbą odświeżenie
klasyku Raya Masona z lat 50, nota bene fatalną próbą. O ile „Born to die” było
wypełnione syntetycznym brzmieniem na "The Paradise Edition" mamy do czynienia z większą ilością
żywych instrumentów, co właściwie jest jedyną różnicą. Naszą podróż zaczynamy z dobrze już znanym singlem „Ride”,
który swoją drogą został okraszony bardzo fajnym teledyskiem. Lana, znana z zamiłowania do śpiewania w
niskiej tonacji, w refrenie powyższego utworu niemiłosiernie wyje. O tym, czy
wokalista potrafi śpiewać czy nie toczą się prawdziwe debaty. Próbuje i stara
się, ale skutki są różne- jej wokal zwykle brzmi równie anemicznie, co jej
muzyka, dodatkowo nie mogę pozbyć się wrażenia, że wokalistka cierpi na jakiś
szczękościsk, a śpiewanie sprawia jej fizyczny ból. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jej utwory zostały wyprodukowane przez zaprogramowanego
robota, bowiem wszystkie są takie same, nie tylko w warstwie muzycznej, ale
również w tekstowej i wokalnej. Wytchnienie od produkcyjnego schematu daje nam
jedynie lekko jazzujące „Yayo”.
Jeśli chodzi o teksty, które pieczołowicie przygotowywuje
sama wokalistka, to są one popisem grafomanii najwyższej klasy. Infantylne hymny
wyśpiewywane do starszych panów na tle smyczków sprawiają, że ciężko mi
uwierzyć, że Lana ma więcej niż 15 lat. Piosenkarka ma chyba poważne zaburzenia
osobowości, bo będąc córką swojego bogatego ojca próbuje wmówić nam, że jest white
trash i mieszka w przyczepie kempingowej. Raz jest infantylna niczym Britney
Spears, by po chwili być zbuntowana jak Kurt Cobain. Najpierw nosi diamenty,
potem koszulę w kratkę. Z drugiej jednak strony brak zdecydowania jest ciekawą
odskocznią od monotonii szeroko uprawianej na tymże krążku.
Niemniej jednak EP-ka nie jest aż taka zła. Nie odkrywa Ameryki, niczego również nie urywa, ale słucha się jej
przyjemnie. Jest to ten typ nagrania, które wpada jednym
uchem i wypada drugim. Lana razem z jej dorobkiem „artystycznym” została
ściągnięta z taśmy produkcyjnej i rzucona do sklepów. Nie ma ani kropli
autentyczności, za to jest mnóstwo dramatu i teatralności, a ja jestem już za
stara, żeby słuchać kogoś, kto zwraca się do swojego mężczyzny per daddy. Nie przekreślam jej jednak całkowicie, ma w sobie trochę magnetyzmu, więc z chęcią będę śledzić jej dalsze poczynania.
3,5/10
.jpeg)
Mnie się bardzo podoba ta EP-ka. Szczególnie "Ride", "Bel Air" i "American" ;)
OdpowiedzUsuń