„Oh la la” pewnie powiedział Josh Homme, gdy zakończył pracę
nad „...Like Clockwork”. To samo powiedziałam ja, gdy przesłuchałam krążek, na
który musiałam czekać 6 długich lat. Bez owijania w bawełnę- Homme jest jednym
z najlepszych rockowych artystów ostatnich dwóch dekad i nie mówię tego wcale
dlatego, że posiada absolutnie boską aparycję. Kyuss, Queens of the Stone Age,
Eagles of Death Metal, Them Crooked Vultures... Rudemu Elvisowi nie udało się
jeszcze zaliczyć muzycznej wpadki, tak jak wielu innym rockowym gigantom.
Jak już wspomniałam minęło 6 lat od ostatniego longplay’a
grupy. Niby nic, a jednak „Era Vulgaris” i „...Like Clockwork” to zupełnie inne
dzieła. Chociaż najnowsze nie ustrzega się przed znanymi z wczesniejszych
dokonań grupy trochę psychodelicznymi klimatami, jest to dzieło o wiele bardziej
przystępne dla słuchacza. Na sam początek grupa wita nas dość ciężkim „Keep Your Eyes
Peeled”, by później przejść w bardziej desert-rockowe „I sat by the ocean”,
które chyba każdy po przesłuchaniu nuci pod nosem. O „If I had a tail” nawet nie będę się
rozwodzić, nie pamiętam kiedy jakiś utwór sprawił, że przez dwa tygodnie słuchałam
tylko jego o każdej porze. Mamy trochę
klasycznego łojenia w „My God is the sun”, trochę eksperymentów w „Kalopsia” i „Vampire
of time and memory”, w którym nieśmiało pojawiają się dźwięki syntezatora. „Faiweather
Friend” trochę przywodzi na myśl dokonania Them Crooked Vultures, zaś „Smooth
Sailing” brzmi naprawdę smooth. Na sam
koniec zwalniamy trochę tempo w doborowym towarzystwie „I appear missing” oraz tytułowym
„...Like clockwork”.
Josh powiedział, że jedyną rzeczą, na której mu zależy to
to, aby najnowsza płyta nie brzmiała jak poprzednia i znów mu się udało. Nie ma
tu tyle ciężkiego łojenia, jak na ich debiucie, na próżno szukać takich
absolutnie pokręconych eksperymentów, jak na „Era Vulgaris”. Jednak nadal jest
to ta sama kapela oferująca praktycznie wszystko- od ciężkich riffów aż po
kawałki, które sprawdzą się na imprezach. „...Like clockwork” jest chyba
najbardziej zróżnicowaną płytą pod względem materiału, każdy tu znajdzie
przynajmniej jeden utwór, który do niego trafi. Biorąc pod uwagę, że ostatnimi czasy
popularność zyskują rockowe zespoły typu Nickelback czy Kings Of Leon możemy
pogratulować panom z QOTSA że kolejny raz udało im się uratować rock’n’rolla.
„...Like Clockwork”
przypadnie do gustu wielu słuchaczom- i tym, którzy Queensów już znają, i tym,
którzy dopiero poznają. Słuchając tego krążka myślę, że można go porównać do
Czarnego Albumu nagranego przez Metallikę. Obydwie płyty są tak samo lekkostrawne
i przyjazne szerszej publiczności, jednak ciężko jednoznacznie powiedzieć, czy
rzeczywiście są to najlepsze dokonania zespołów. Miejmy jednak nadzieję, że
Queens of the Stone Age nie stoczą się po artystycznej równi pochyłej, jak to
było w przypadku ich starszych kolegów.
9/10
9/10

.jpeg)